Moje spotkanie z Ramą

19 kwietnia 1770 roku, oczom załogi statku Endeavour ukazał się nieznany dotąd ląd. Miejsce to, ochrzczone Nową Południową Walią, było pierwszym spotkaniem europejskiej cywilizacji z Australią. A jej odkrywcą był wielki podróżnik James Cook, który dwa lata wcześniej ruszył w świat, by jako pierwszy odkryć to co jeszcze nieodkryte. I choć epoka wielkich odkryć geograficznych już minęła, to wciąż przed nami jest olbrzymia przestrzeń zasłonięta białą kartą. Kosmos.

Boy (John): “You ever wonder what’s up there?” 
Girl (Ellie): “Like what?” 
Boy (John): “Maybe someone up there is wondering what it’s like here.” 
Girl (Ellie): “I guess. Do you think we’ll ever meet them?” 
Boy (John): “I hope so. Don’t you?”

Starry Night, Halo 3

Kosmos. Ostateczna granica.

Myślę, że każdy spoglądał kiedyś w gwiazdy, zastanawiając się co tam jest, a o czym jeszcze nie wiemy. Z nadzieją, że mroki kosmosu odkryją swoje karty jeszcze za naszego życia. I, że okaże się, że nie jesteśmy w nim zupełnie sami. Oczywiście na dzień dzisiejszy wiemy o kosmosie naprawdę dużo, dzięki naukom ścisłym czy teleskopom, ale wciąż jest to niczym oglądanie niezbadanego lądu zza burty statku. Dopóki nie przybijemy do brzegu, dopóty nie będziemy wiedzieć czym tak naprawdę jest to co widzimy. Gdy dotkniemy trawy, poczujemy jej zapach, usłyszymy śpiew ptaków i zobaczymy co kryje się w głębi, dopiero wtedy w pełni odkryjemy te tajemnice. 

Ta pogoń za poznawaniem niezbadanego, wywracająca do góry nogami całą znaną nam naukę, jak również zdobywanie wiedzy o nowych gatunkach pozaziemskich istot. to elementy, które sprawiły, że tak przyjemnie czytało mi się Spotkanie z Ramą, autorstwa Arthura C. Clarke’a.

Ważnym czynnikiem był też fakt, że świat przedstawiony w książce jest bardzo bliski naszemu, nie wybiegając za daleko w przyszłość, a mając swoje miejsce w roku 2130. Oczywiście różnice są znaczne, ponieważ w tej linii czasowej, ludzkość opanowała już cały układ słoneczny, ale zdołała to zrobić w niespełna 60 lat. Przyczyniło się do tego jednak zjednoczenie całej planety, w obliczu wspólnego zagrożenia. W końcu ile moglibyśmy osiągnąć, gdybyśmy nie marnowali zasobów na niekończące się konflikty?

Wspólny wróg

Gdy tak o tym czytałem, zacząłem się zastanawiać, czy pandemia wirusa SARS-CoV-2, której właśnie doświadczamy, może być właśnie tym zjawiskiem, które sprawi, że ludzkość zakończy wszystkie waśnie i zacznie pracę w kierunku wspólnego dobra. Chciałbym by tak się stało, jednak jestem chyba (w tej kwestii) zbyt dużym optymistą i marzycielem. Historia bowiem nie stoi po mojej stronie.

W 2002 roku doświadczyliśmy epidemii wirusa SARS, w 2009 – pandemii świńskiej grypy, a w 2014 roku epidemii eboli. I jednak do żadnego zjednoczenia nie doszło. A może po prostu skala problemu – wobec ludności całej planety – była zbyt mała? W momencie gdy piszę ten tekst, liczba osób zarażonych koronawirusem przekroczyła sześćset tysięcy i wciąż rośnie. A jednak w porównaniu choćby ze „zwykłą” grypą, wciąż stanowi to niewielki odsetek osób chorych. Wydaje się, że choroby zakaźne to zbyt mało by nasz świat się zmienił. A co z przybyszami z kosmosu?

W świecie Arthura C. Clarke’a, do zjednoczenia planety doszło po uderzeniu meteorytu, którego skutki były tak straszliwe, że ludzkość powiedziała sobie – nigdy więcej!

Tysiąc ton kamienia i metalu, sunąc z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na sekundę, gruchnęło na równiny północnych Włoch i w jednej płomiennej chwili praca stuleci obróciła się wniwecz. Padwa i Werona zostały zmiecione z powierzchni Ziemi, resztki chwały Wenecji zginęły w morzu, gdy wody Adriatyku z hukiem zalały ląd po tym uderzeniu z kosmosu

Spotkanie z Ramą, Arthur C. Clarke

Po tym zdarzeniu, rozpoczęła się kolonizacja Układu Słonecznego, a z biegiem lat podporządkowano sobie wszystkie planety, które nadawały się – mniej lub bardziej – do zamieszkania. Dzięki większemu rozmieszczeniu radarów, wykrywano setki, jak nie tysiące asteroid. I monitorowano te największe, stanowiące potencjalne zagrożenie dla zamieszkałych światów. Wtedy to właśnie nastąpiło spotkanie z Ramą

Kosmiczna archeologia

Rama, obiekt pochodzący spoza znanej nam galaktyki. Czym jest? Jak wygląda? Czy zamieszkują go jakieś istoty? Jakie tajemnice skrywa? Te i inne pytania, rozbudzające wyobraźnię wobec nieznanego, musiały nurtować każdego zaangażowanego w badanie tego niezwykłego przybysza. A tym, co bardzo mi się podobało, było podejście do tej eksploracji. Dzisiejsze teksty kultury, mówiące o odkrywaniu np. nowych planet, są w głównej mierze zorientowane na akcję. Jeżeli występuje w nich element naukowy, to zwykle na początku i “po łebkach”, po czym całość zmienia się szybko w walkę np. o przetrwanie. Oczywiście są od tego wyjątki, acz nieliczne. Spotkanie z Ramą należy na szczęście do tej drugiej grupy. 

Badania są tu przeprowadzane małymi kroczkami, tak by zdobyć jak najwięcej informacji o Ramie. Jest to eksploracja powolna, metodyczna i jednocześnie nie “za wszelką cenę”. Zamknięte drzwi pozostają zamknięte, nawet jeśli posiadamy siłowe środki aby je otworzyć. Ale czy taka ingerencja nie umieściła by nas w roli agresora wobec możliwych mieszkańców Ramy? Komandor Norton, dowódca wyprawy badawczej, pragnie przeto by całość zachowała charakter neutralny. Jako kapitan statku Endeavour, jest w pełni odpowiedzialny za swoją załogę. 

Każdy kolejny krok w eksploracji Ramy jest stawiany dopiero wtedy gdy badacze uznają, że podczas tych działań nikomu nie grozi żadne niebezpieczeństwo. A jeśli takowe się pojawia, decyzje Nortona są oparte o logiczne próby rozwiązania problemu, tak by zminimalizować wszelkie straty. Charakter tej postaci przypomina mi kapitana Jean-Luc Picarda z serialu Star-Trek: Pokolenia. I być może dlatego tak chłonąłem tę książkę, jak gdyby była to jedna z wielu misji statku U.S.S. Enterprise. 

Wszystko kręci się wokół ziemi

Czytając Spotkanie z Ramą, odniosłem wrażenie, że czytam swego rodzaju dziennik z wyprawy archeologicznej. Każdy element obiektu jest wnikliwie badany, a załoga od razu zastanawia się głośno nad ich budową, pochodzeniem i znaczeniem. W pierwszej kolejności opierając się na znanej wszystkim nauce. I próbuje to zrozumieć, a jeśli jest to poza ich pojmowaniem, zbiera próbki. Wszystko by po powrocie, tęższe umysły mogły zająć się bardziej dogłębną analizą odkrytych tajemnic Ramy.

Jak teraz o tym myślę, przypomina mi to jeszcze jedną książkę z gatunku fantastyki naukowej, która to jest jedną z moich ulubionych, a do której często wracam. Mam na myśli Niezwyciężonego, autorstwa Stanisława Lema. Załoga statku, badając planetę Regis III, również powoli i metodycznie analizuje wszystkie fakty, związane z tajemnicą zaginięcia Kondora. W tych rozmowach, poza astrogatorem (dowódcą statku) i jego zastępcą, biorą udział również główni uczeni, przedstawiając swoje teorie. Podejmują oni wspólną decyzję odnośnie tego co dalej robić, a czytelnik odnosi przy tym ogromną satysfakcję bycia również zaangażowanym w ten proces. Inaczej niż w wielu dzisiejszych tekstach kultury, gdy spektakularne wyniki badań są często autorstwem jednej osoby.

Jednocześnie podczas lektury książki Arthura C. Clarke’a, nasunęło mi się pytanie, które głęboko mnie zastanawia. Jak bardzo stałe jest przywiązanie do dzisiejszej nauki? Dlaczego choć dostrzegamy, że coś działa wbrew niej, usilnie próbujemy znaleźć wytłumaczenie, które pokrywałoby się z tym co znamy? Dlaczego tak usilnie wierzymy we własną nieomylność – nawet wobec obiektów nie z tego świata. 

Co do natury napędu, jedno już było pewne, chociaż wszystko inne pozostawało tajemnicą. (…) Najlepiej ujął tę sprawę sierżant-profesor Myron gdy (…) powiedział: No i żegnaj, trzecie prawo Newtona.

Spotkanie z Ramą, Arthur C. Clarke

A kiedy nastąpi nasze spotkanie z Ramą?

30 sierpnia ubiegłego roku, astronom-amator Giennadij Borisow odkrył kometę, nazwaną potem 2I/Borisov, prawdopodobnego przybysza z innej galaktyki. Obiekt, podobnie jak Rama, budził ogromne zainteresowanie, również tym, że z uwagi na trajektorię lotu, była to wizyta jednorazowa. Zastanawiano się nawet (teoretycznie) nad ewentualnym przechwyceniem, jednak z uwagi na możliwości dzisiejszej technologii kosmicznej, rakiety potrzebne do wykonania takiej misji musiałby by być wystrzelone wiele lat wcześniej niż nastąpiło odkrycie tej komety.

Mówiąc o przybyszach z kosmosu, większość z nas pomyślała by o małych, zielonych ludzikach. Tymczasem międzygwiezdni wędrowcy już odwiedzają nasz układ słoneczny, jednak wśród tych kosmicznych turystów znajdziemy na dzień dzisiejszy komety i planetoidy. Ktoś może kręcić nosem, mówiąc, że to nie to samo. Ale pamiętajcie, że Rama również z początku była brana za asteroidę. Dopiero jej przechwycenie i zbadanie pokazało mieszkańcom Układu Słonecznego, jak wielka to była pomyłka. Tak jak również my możemy się dziś mylić.

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x