Książkowy multitasking

Myślę, że nie tylko ja tak mam, ale zdarza mi się, że przerywam czytanie książki, odkładam na półkę i biorę się za następną. A potem znowu i znowu i tak lawiruję pomiędzy tymi książkami, w złudnym mniemaniu, że czytam jednocześnie nawet pięć książek. Jednak mijają dni, czasami tygodnie, a moja lista ukończonych książek się nie aktualizuje, ponieważ czytając wiele tytułów na raz, w rzeczywistości nie kończę żadnej z nich.

Pamiętam, że idąc do mojej pierwszej – poważnej – pracy, po dostaniu się na staż starałem się oczywiście pokazać, że warto mnie zatrudnić na stałe. Brałem każde zadanie jakie mi zlecono lub podejmowałem się spełniania próśb o które mnie poproszono. Moja lista zadań była wiecznie zapchana, a ja nie potrafiłem nawet powiedzieć „nie mogę, nie mam czasu”. Natłok tych wszystkich zadań powodował, że realizowałem je dość wolno, choć wywiązując się ze wszystkich. Jednak w pewnym momencie te zadania zaczęły mnie przytłaczać za bardzo, zacząłem być chronicznie zmęczony, a dodatkowo ludzie przyzwyczaili się do tego, że zawsze brałem wszystkie zadania i nie byli skłonni przyjąć do wiadomości tego, że nie wezmę kolejnego, a wręcz tego wymagali. Dopiero nauczenie się stanowczej odmowy i postawy niewzruszonej na prośby i błagania przyniosło jakiś skutek. Ale też nie od razu, bo trochę czasu wymaga by ludzie stracili ten nawyk, że mogą mi wcisnąć wszystko.

Wielozadaniowość (ang. multitasking) jest złudna. Wydaje Ci się, że biorąc na siebie wiele zadań, będziesz w stanie ukończyć je w krótszym czasie, niż robiąc każde po kolei. A potem przejść do kolejnych. I na początku właśnie tak jest, ale sam proces jest męczący. Gdy zaczynasz już wdrażać się w jedno zadanie mocniej – porzucasz je i przechodzisz do kolejnego, a proces myślowy musisz zacząć od początku. W rezultacie każde kolejne zadanie wykonujesz coraz wolniej i coraz trudniej jest je ukończyć. I choć czytanie książek jest dużo przyjemniejsze do pracy, to wielozadaniowość w tym przypadku ma te same skutki.

Jedno zadanie na raz

Tak jak pisałem na początku, jakiś tydzień temu, gdy po raz kolejny sięgnąłem po książkę Człowiek nietoperz autorstwa Jo Nesbø, zdałem sobie sprawę, że czytam ją od roku. Książkę mającą nieco ponad 300 stron. A Hyperion Dana Simmonsa przeczytałem w 3 dni. Różnica była taka, że norweski kryminał czytałem po pare akapitów i sięgałem po inny tytuł, a na Hyperiona wyruszyłem wraz z pielgrzymami i nie odstępowałem ich na krok. Taki sam los w kwestii czytania-nieczytania dotknął m.in. Powrót Czarnej Kompanii (zbiór mieszczący Ponure lata oraz A imię jej ciemność) Glena Cooka oraz Restaurację na końcu wszechświata, autorstwa Douglasa Adamsa.

Mamy już wrzesień! Do końca roku zostały 4 miesiące, a ja przeczytałem o wiele mniej książek niż sobie założyłem. I mimo, że nikt nade mną nie stoi przecież, nie są to żadne zadania które MUSZĘ wykonywać, to jednak sama świadomość, że się nie wyrabiam zadziałała jak uderzenie z bicza. Czytanie wielu książek na raz NIE DZIAŁA! O wiele więcej ich przeczytam, a też zadań wykonam, jeśli będę skupiał się na jednym celu jednocześnie. Skończyłem Człowieka nietoperza w jeden weekend, dokończyłem Wschód i Zachód, Roberta E. Wegnera, kończę Lux Perpetua, Andrzeja Sapkowskiego, a następnie dokończę wspomniany drugi tom cyklu Autostopem przez galaktykę.

I stosując się do zasady „czytania po kolei”, zakopując głęboko w ogródku ten książkowy multitasking napewno o wiele bardziej zbliżę się do ustawionego dla siebie celu na ten rok. Co rusz będę mógł też i mówić i pisać o przeczytanych przeze mnie tytułach, móc prowadzić ożywione dyskusje na ten temat. Zamiast twierdzić, że po prostu „dużo czytam”.

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x